-Justysia miała wywrotkę 300 metrów po starcie i straciła około 20 sekund. Potem stopniowo odrabiała dystans do najlepszych. Nigdy nie zakładamy sobie zajęcia jakiegoś konkretnego miejsce, ale byliśmy w niedzielę pewni lokaty w czołowej dziesiątce. No i jak widać udało się - wyjaśnił Wierietielny.
O fatalnym upadku Justyna Kowalczyk wypowiada się z żalem, ponieważ zawodniczka liczyła na lepsze miejsce. -Wiedziałam, że mam szansę na bardzo dobry wynik. Na samym początku jest podbieg, potem dość długi zjazd. Jedzie się na nartach bardzo szybko, ale są tory, nie trzeba nawet wykładać z nich nart. Po prostu zrobiłam zły balans ciałem, oparłam się nie na tej nodze co trzeba i fiknęłam. Innego wytłumaczenia nie widzę. Prędkość nie robi na mnie wrażenia, potrafię poruszać się w torach. Miałam pecha, później ze zjazdami radziłam sobie dobrze. Upadek był nieładny, bolesny. Pół kilometra po starcie miałam 20 sekund straty, na mecie było ich 27. Po takim upadku człowiek nie wykonuje swojej pracy, szybciej się "zakwasza". Biegłam pięknie, a upadek? Mam nadzieję, że więcej się taki nie powtórzy.
Pomimo upadku i utraty koszulki lidera zawodniczka nie traci nadziei, że w przyszłości będzie lepiej.- Wyjdzie mi to, mam nadzieję, na zdrowie. Im częściej teraz obiję tyłek, tym później będę bardziej zwracać uwagę na detale. Rok temu, w Rybińsku, zawaliłam start, ale potem wyciągnęłam wnioski i błędu nie powtórzyłam.





























